Maria  Strońska

- Sybiraczka, działaczka społeczna.

 Ilustracja muzyczna: Adam Peter - fortepian.

Spotkanie prowadził Jerzy Adamuszek.

2 października 2009 (piątek), godz. 19:30


W Polonii jest takie powiedzenie: "Gdzie diabeł nie może, tam trzeba wysłać Strońską".

Pani Maria – Serce otwarte dla wszystkich! Jej ideałem człowieka jest Matka Teresa.

Maria Strońska:

- Dzieciństwo spędziłam koło Tarnopola. Kiedy miałam rok, wyniesiono mnie w kołysce przez okno z płonącego domu rodzinnego. Widocznie dane mi było żyć i do wojny żyło się nam szczęśliwie. Będąc jeszcze dzieckiem, tuż przed wybuchem wojny, wyczuwałam napięcie pomiędzy Polakami i Ukraińcami. W szkole, jako uczniowie "walczyliśmy" na dwa fronty. Można powiedzieć, że moj patriotyzm rozpoczął się już w drugiej klasie szkoły powszechnej, kiedy zmuszano nas do uczenia się języka ukraińskiego, a przecież alfabet zupełnie różni się od alfabetu polskiego. Dziecięce szczęśliwe lata szybko się skończyły ...

Maria Strońska


Pamiętam dokładnie rok 1939 ... 17 września ... wkraczające wojska rosyjskie ... nędzne mundury ... wygłodniale twarze, na co moja matka powiedziała głośno: " Jak oni źle wyglądają, nie tak pamiętam wojsko carskie". Zaczęły się kłopoty, rozstrzeliwanie żołnierzy polskich, aresztowania, ale równocześnie Ukraińcy zaprzestali rabowania i napadania na domy Polaków.

Ostatnie Święta Bożego Narodzenia w kraju ... rok 1940, bardzo mrożna zima ... 10 lutego ... aresztowano nas wszystkich. Rozpoczęła się moja podróż w świat ... Godzina szósta rano ... ja w nocnej koszuli ...żołnierz rosyjski przyłożył swój karabin do mojej piersi i rozkazał, aby się szybko pakować. Cała rodzina była gotowa do podróży w ciągu kilku minut. Wtedy nie potrafiłam płakać. Był to moment, kiedy z dziecka przeobraziłam się w dorosłą osobę ... i wiedziałam, że kończy się coś beztroskiego w mym życiu ... coś jak piękny sen ...

Rok 1940 był dla wszystkich mieszkańców południowych Kresów rokiem pamiętnym, powtórzeniem historii zesłania na Sybir tysięcy matek, niewinnych dzieci.

W zamkniętych wagonach wyruszyliśmy w świat, "wrogowie komunistycznej Rosji, bogaci kapitaliści", a byli wśród nas ludzie owinięci słomą z braku ubrania, byli głodni, którym moja matka podawała ostatnie bochenki chleba. Ostatnia stacja polska- Podwołoczyska ... wszyscy w wagonie padają na kolana ze szlochem, który mieszał się ze słowami Litanii Loretańskiej ... "Królowo korony polskiej- módl się za nami ... Pod Twoją obronę" ... Tak modlił się lud prosty, tak musiał się modlić król Jan Kazimierz, kiedy oddawał nasz kraj i koronę Matce Boga we Lwowie. Oderwano nas od matki- ziemi, od gniazda, które przesiąkło krwią ojców naszych, ciężar, który wówczas padł na serce ... pozostał do końca ... Opisać tego nie zdoła żaden poeta, żaden pisarz ...

Cierpieliśmy w czasie wojny, bombardowanie, bandy ukraińskie, ale czuło się swoją ziemię pod nogami, tu grunt się usuwał ... byliśmy na cudzej, wrogiej ziemi, sami, tylko Bóg czuwał nad nami, bo nie mógł pozostać głuchy na ten jęk i szloch. Zawieziono nas za Archangielsk. Mężczyżni w jednym obozie, kobiety i dzieci w drugim. Nie wolno wychodzić, nie wolno mówić po polsku, ani się modlić. Za zorganizowanie buntu dzieci i żądanie chleba wywieziono mnie do obozu pracy.

Pamiętam mój dyżur w kuchni, kiedy raz w tygodniu każda z dziewcząt gotowała. Byłam i dotąd jestem małego wzrostu, dziś sięgam zaledwie pięć stóp i jeden incz, wówczas byłam dużo mniejsza. Kocioł wisiał na drutach i nie wiedziałam jak go umyć, weszłam do niego bosymi nogami i umyłam, następnie wyszłam i wtedy podpierając go dwiema belkami, próbowałam wylać brudną wodę, nie wiem ile jej zostało ... ale zupa przeze mnie ugotowana bardzo smakowała.

Wybuchła epidemia tyfusu. Otrzymaliśmy pismo z Moskwy, w którym pozwolono nam iść dokąd chcemy i robić co chcemy. Wolność, chociaż nadal w Rosji. Cała moja rodzina wyrusza w świat. Podróż nasza trwała pięć miesięcy, byliśmy w każdym dużym mieście Rosji, Świerdłowsk, Magnitogorsk, Taszkient. W kwietniu 1944 roku wysadzono nas przemocą prawie w Guzarach. Mój ojciec ciężko zachorował i w tej Dolinie Śmierci ... pozostał na zawsze. Został pochowany według zwyczajów uzbeckich, na siedząco bez trumny ... czeka tam na sąd ostateczny, gdzieś za miastem Guzar. Po śmierci ojca, matka spotkała znajomego kapitana z Tarnopola, który pomógł nam wyjechać do Persji. Jakaż była nasza radość gdy zobaczyliśmy w Persji pełno owoców, chleba, ryżu, ale mama nie pozwoliła "objadac" się , było to niezdrowe po tak długim poście. W Teheranie wstąpiłam do harcerstwa, do polskiej szkoły.

Z ziemi perskiej wyruszyliśmy do Afryki, do Ugandy. Jadąc wpadliśmy na japońską torpedę koło Madagaskaru, cudem uszliśmy cało i przez następne sześć lat cicho i spokojnie, ale głodno siedzieliśmy w Ugandzie. Jeden głód mogł tam człowiek zaspokoić- głód wiedzy. Rzuciłam się z całą energią, zaparciem w świat książki. Uczyłam się sama, uczyłam innych, ażeby ubrać się, kupić jedzenie i jakoś przeżyć. Opiekowałam się domem dla starszych samotnych osób, prowadziłam drużynę harcerską, dawałam korepetycje, zrobiłam kurs pielęgniarski, kurs kroju i szycia, nauczycielski, śpiewałam w chórze szkolnym.


Mój organizm niszczyła ameba, ale praca pomagała mi o tym zapominać. W 1948 roku wyruszam dalej w świat. Anglia- zaczęłam szukać pracy. Grzecznie, acz stanowczo informowano mnie, że nie mają pracy dla swoich, lecz trzeba próbować gdzie indziej. Znalazłam pracę w szwalni, gdzie elektryczna maszyna do szycia mnie przerażała swa szybkością, ale pomogła mi jedna Angielka. Do różnych problemów dnia codziennego, doszedł problem osobisty- mój narzeczony, na którego czekałam cztery lata ... musiał ożenić się z inną kobietą ... Byłam psychicznie załamana, mój organizm był zniszczony przez chorobę tropikalną,ale wówczas zwróciłam się do Boga. Najwięcej wówczas zawdzięczałam księdzu Grzondzielowi, który podtrzymywał mnie na duchu wyczuwając mój tragizm. Kto Boga nie poczuł sam, kto Jego sam nie szukał, temu trudno mówić o Jego istnieniu. Uwierzyłam we własne siły.

Nie otrzymałam stypendium na studia medyczne, ale otrzymałam posadę nauczycielki, wybrana spośród 120 osób. Sieroty, półsieroty, dzieci bez ojców, z rozbitych małżeństw, wszyscy byli zebrani razem w ładnym budynku niedaleko Londynu. Ta praca dała mi dużo satysfakcji i zadowolenia. W międzyczasie wyszłam za mąż, za człowieka bez rodziny, chorego, po przebytym obozie koncentracyjnym. Urodziłam syna. Trzeba było spłacać zaciągnięty dług na mieszkanie. Po kilku lekcjach stenografii dostałam pracę w firmie "Metropolitan Vickers", gdzie pracowało 22 tysiące ludzi. Dodatkowo dużo się uczyłam, wieczorami chodziłam na kurs, ale byłam tak zmęczona, że nie wiedziałam co mówi nauczyciel. W Manchester organizowano Polskie Szkoły Sobotnie, powróciłam do pracy społecznej. Po pięciu latach pobytu w Anglii zachorowałam na zapalenie zatok nosowych. Poddawałam się operacjom, aby złagodzić ból głowy.

W 1955 roku wybrałam się z siostrą na wakacje do Francji. Odwiedziłyśmy cmentarz w poblizu Caren, na którym spoczywa mój brat. Sami młodzi ludzie tam spoczywają. Nad Polakami widnieje pomnik niemieckiego orła ze złamanym skrzydłem. Jak świat długi i szeroki, wszędzie można znależć polskie mogiły, nie wszystkie znaczone krzyżami.

Po wakacjach zdecydowaliśmy się opuścić Anglię. W tym czasie, wybuchło powstanie na Węgrzech, dużo Wegrów przybyło do Anglii. Rząd angielski zwrócił się do całego "Commonwealth" o pomoc. Kanada przyjęła pewną ilość imigrantów, tak ci, którzy chcieli wolności w swoim kraju, szukali jej na obcej ziemi.

Statkiem dopłynęliśmy do Quebec, po złożeniu pieczęci "Landed immigrant" w dokumentach, popłynęliśmy do Montrealu.

Znalazłam pracę za 45 dolarów tygodniowo u Żyda, pracowałam tam trzynaście lat, do czasu bankructwa tej firmy. Dużo znowu się uczyłam, biorąc pracę do domu. Poznawałam coraz więcej ludzi. Po trzech latach pobytu w Montrealu, słysząc z ust przewodniczącej Polskiej Rady Szkolnej, że brakuje nauczycieli, zgłosiłam swoją kandydaturę. Mój syn rownież zaczął uczęszczać do polskiej szkoły. Dzieci z Polskich Szkół Sobotnich są odważniejsze, bardziej pewne siebie, a to jest bardzo ważne z punktu psychologicznego. Mąż stracił wkrótce pracę, obowiązek utrzymania domu spadł na mnie. Dodatkowo zajęłam się sprzedawaniem markowych kosmetyków chodząc po domach. Mąż zaczął chorować na kręgosłup, pozostałość po obozie koncentracyjnym.

Prowadząc dom, pracując zawodowo, jak miałam wolne chwile, to chciałam pracować społecznie i uczyć polskie dzieci oraz pracować w organizacjach społecznych. Mamy w Montrealu dużo osiągnięć, pomnik Kopernika, piękny dom dla starszych osób, chociaż zawsze twierdzę, że babcie są potrzebne w domu, aby uczyły polskiego języka swoich wnuków. Jestem W Kongresie Polonii Kanadyjskiej Oddzial Quebec, od 1966 roku. Uważam, że trzeba bardzo dbać o młodzież, dobre przedszkola polskie, nawet trzy- jezyczne, kluby sportowe, taneczne, chóry, amatorskie zespoły, polskie orkiestry i wiele innych. A nade wszystko pamiętać, że emigracja to całość, taka jaka jest!

Wielką rolę do spełnienia ma Kościół na emigracji, gdyż Polacy swój patriotyzm łączą z religią. Łatwiej mogą się obudzić społecznicy, w młodym wieku, kiedy jeszcze nie ma tyle buntu i przekory, ale można im dać wzór- ideał do naśladowania. Tu nasze wielkie postacie święte, historyczne, wielcy Polacy na emigracji ... "Bo nam i niebo pomoże, gdy brat bratu rękę poda" ...

I tak do dzisiaj dzień pomagam potrzebującym. Praca społeczna w Polskiej Szkole im. Stanisława Konarskiego, w Parafii Św. Michała, w Polskiej Radzie Szkolnej, Komitet Pomocy Dzieciom i Ludziom Starszym, Stowarzyszenie Prometeuszy, Związek Weteranów Polskich, EXPO (1967), Olimpiada (1977), Związek Nauczycielstwa Polskiego, KPK (Q) Dział Prasowy, Radio dla Polonii, Pomocna Dłoń, która jest pomostem między organizacjami polonijnymi, a kanadyjskimi.

Ci, którzy przybyli " za chlebem" wiele lat przed nami, ci z powodu zawieruchy wojennej, ci, którzy przyjeżdżają obecnie- to ten sam naród polski, to emigracja rzucona w wir życia na obcej ziemi. Każdy człowiek ma swoją wartość i każdy może coś zdziałać dobrego dla jednostki i dla grupy. Należy tylko samego siebie zapytać, co potrafię zrobić dla grupy, która składa się z jednostek. Każdy z nas jest ambasadorem narodu, w pracy, w sklepie czy Kościele, wszędzie nas obserwują inni, po naszym zachowaniu oceniają nasz naród. Wierzę w Polonię i jestem dumna, że jestem jej przedstawiciem na ziemi kanadyjskiej.

Od lewej: Jerzy Adamuszek, Maria Strońska i Adam Peter.


Spotkanie z Panią Marią zostało uświetnione wysłuchaniem koncertu w wykonaniu młodego polskiego pianisty Adama Petera, który bardzo wzruszająco zagrał Preludium Chopina Em op.24, Arabesque Debussiego, Let it be Beatlesów oraz zaśpiewał Piano men Billy Joela. Gratulacje dla Adama!

Adam Peter gra na pianinie od ośmiu lat. Jest uczniem gimnazjum International de Laval. Interesuje się sportem, gra w drużynie koszykarskiej, tańczy w zespole filklorystycznym "Tęcza", jest harcerzem. Razem ze swoimi rodzicami gra w zespole muzycznym.

Adam Peter.

POLONIA montrealska, życzy Pani Marii dużo zdrowia, wytrwałości i wszystkiego dobrego!

Opracowanie i zdjęcia: Anna Ronij

 

 

Strona Główna

 

Spotkania Minione

 

Jerzy Adamuszek i osoby współpracujące

 

Spotkania podróznicze

 
 
 
 
 
 
 
Copyright © 2007 - Są Wśród Nas. All Rights Reserved.
Inspekcja domu i nieruchomości Inspekcje domów